niedziela, 19 października 2014

5.

 Przyzwyczaiłam się już do tego pytania, tylko nieco inaczej sformułowanego. Na ogół mówią je osoby, które widzą.
- Mam heterochromię- wzdrygam się na samą myśl o tym.- To znaczy, że moje oczy są w różnych kolorach. 
 Mruga z zaskoczeniem. Usta rozchylają mu się w półuśmiechu, na który nie sposób również się nie uśmiechnąć. Ale to nie ten moment. Moje oczy to powód wiecznego, nieustannego ukrywania ich pod soczewkami. Nienawidzę ich.
- Musisz wyglądać jak kot- nie wiem skąd przyszło mu to porównanie do głowy. Przecież nigdy nie widział kota. Co więcej, on nigdy niczego nie widział.- Mama mówiła mi, że koty często mają różne tęczówki.
 To by wszystko wyjaśniało. Ciekawe co jeszcze mama mu mówiła.
- Jakich są kolorów?
 Zaciskam kurczowo usta, a jednak odpowiedź sama ciśnie mi się na usta.
- Prawe jest czarne, a lewe... białe- nasze spojrzenia się spotykają. Mgła na jego oczach zdaje się ruszać, rozlewać po pokoju, jak kubek mleka. Już wiem, że lubię patrzeć w te oczy, chociaż są niepełnosprawne. Ale na pewno nie puste.
 Coś uderza w parapet za oknem. Moja głowa gwałtownie odwraca się w stronę, z której dobiegł dźwięk. To kruk usiadł sobie i patrzy na nas z zainteresowaniem. Jego paciorkowe oczy wwiercają się głęboko w świadomość. Mam wrażenie, że coś mi ulatuje, znika, ale z możliwością powrotu. To te dziwne koraliki zabierają mi jakieś odległe wspomnienie i odlatują wraz ze swoim właścicielem. Czuję, że czegoś mi brakuje, o czymś zapomniałam, co przed chwilą miałam na końcu języka.
- Czy coś się stało?- pyta rozglądając się niepewnie wokoło. Jakby niby mógł cokolwiek zobaczyć.
- Nie, to tylko ptak- wzruszam ramionami i mam zamiar zapomnieć o całej sprawie, ale w tym momencie na jego twarzy maluje się białe przerażenie.
- Jaki to był ptak?- tak na mnie patrzy, że boję się odpowiedzieć.
- To... To był kruk- i wtedy dostrzegam swój błąd. 

niedziela, 12 października 2014

4.

 Postać przede mną także się porusza. Podobnie jak ja bierze szczotkę i pęk włosów. Rozczesuje swoje splątane żywe nici, chociaż jak próbują nam wmawiać biolodzy: włosy są martwe. A to nieprawda. Włosy są tak samo żywe jak kot czy pies. Tylko w inny sposób. 
 Słyszę ciche pukanie. Ja i postać przerywamy tę zajmującą czynność, jaką jest czesanie i toczymy walkę. Udawać, że śpimy czy pozwolić wejść? Decyzji nie podejmuję ja, tylko moja podświadomość.
- Tak?
 Drzwi się uchylają.
- Mogę wejść?
 Znajomy szept powoduje mroczki przed moimi i tak już zmęczonymi oczami. Nie chcę go tu widzieć, ale powiedzieć: nie, to tak jakby odmówić sobie pogłaskania delfina. Jestem strasznie samolubna.
- Proszę. 
 Widzę w lustrze, jak szpara między drzwiami a ścianą się powiększa i pojawia się w niej on. Po co tutaj przyszedł? W ogóle jak to zrobił? Mieszkamy w zupełnie różnych częściach domu, jest środek nocy, a on dodatkowo jest niewidomy.
 W tym momencie uświadamiam sobie, że nie znam jego imienia. 
 Ta wiadomość uderza we mnie niezwykle mocno. Czuję się w jakiś sposób związana z człowiekiem, którego imienia nie znam. Jak to możliwe? 
- Mogę usiąść na łóżku?- po raz pierwszy słyszę jego głos w pełnej krasie. 
 Jest niezwykły. Nie jest płytki i nie jest głęboki. Jest jak przejrzyste jezioro w południe. 
 Szalenie mi się podoba.
 Sam głos, nie on. Dalej obserwuję w lustrze, co robi. 
 Bada dłońmi przedmioty, rysuje palcami niewidoczne drogi, rzeźbi w swoim umyśle obraz badanego obiektu. Aktualnie jest nim brzeg łóżka. 
 Siada na mojej sfatygowanej pościeli i uśmiecha się. Zauważam, że bardzo często to robi.
- Co cię tak rozbawiło?- nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu mnie to denerwuje. 
- Nic, po prostu ja też nigdy nie ścielę łóżka.
 A jaki jest sens układać kołdrę w środku nocy?, myślę. Zaraz jednak próbuję się przestawić na inny nastrój, nie chcę żeby początek naszej relacji został popsuty przeze mnie i moje niepościelone łóżko. 
- Aha.
 Dalej staram się rozczesywać włosy, ale niezbyt mi to wychodzi. Co chwila zerkam na chłopaka siedzącego na moim łóżku. Z czasem daję sobie spokój, odkładam szczotkę na skraj toaletki i odwracam się do niego. Obserwuję jego palce, które z kolei obserwują rzeczy dokoła. Kołdrę, kolumny łóżka, mój telefon, laptop, książkę. 
- Dlaczego nie śpisz?- moje pytanie nie przeszkadza mu w dalszym rekonesansie. 
- Obudziło mnie skrzypienie, chciałem sprawdzić, kto o tej porze chodzi po domu- jego beztroski ton prawie mnie dobija.
- A jakby to był włamywacz?! Mógł ci coś zrobić, nie pomyślałeś o tym?
- Niby kto mógłby tutaj wejść? Wiewiórki?
 Ma rację. Emocje ze mnie opadają, ciśnienie się normuje. Faktycznie, jesteśmy na tym wygwizdowie tylko my i nasi rodzice-kaci. Odkąd wpadli na pomysł wyjazdu gdzieś w miejsce zapomniane przez Boga ciągle mam uczucie nieustannego zirytowania. Nawet mój tata, mój własny, rodzony ojciec, stwierdził że tak mi wyjdzie na zdrowie. Jak na razie moje zdrowie chwieje się na granicy szaleństwa i wyczerpania. 
 Dom nawet nie jest taki zły. Nowoczesny, ładny, minimalistyczny styl. Ale kilka tygodni z moją matką bez możliwości wyjścia gdziekolwiek to po prostu rzeźnia. Krwawa łaźnia. Koszmar, horror, fantazja psychopaty i masochisty. 
- Jakie masz oczy?- pytanie mnie ogłupia. 
 

sobota, 11 października 2014

3.

 Kołyszę się w rytm hamaka. Albo on w mój. W każdym razie oboje na pewno wpatrujemy się w niebo. Jest szare, chmury kłębią się jedna na drugiej, nie mają miejsca na swoje wybryki. Ale tak na prawdę nie można powiedzieć, że to niebo jest szare, bo niebo jest niebieskie, tylko zakrywają je te złośliwe twory przyrody. A może to niebo nie jest na tyle asertywne, żeby powiedzieć chmurom: nie.
 Huk i krzyk przerywają moje rozmyślania. Spadają na inny tor, mianowicie na moją godną pożałowania matkę.
 Jej portret stosunkowo łatwo przedstawić. Jest wysoka, koścista i ma bardzo długą szyję. Włosy w kolorze mocno przejrzałej marchewki są ścięte na pazia i to krzywego. Ma małe, wodniste oczy, które codziennie przypominają mi, że wszystko jest nudne, takie same i bez wyrazu. Wąskie usta są jakby stworzone do produkowania kłótni i różnych nieporozumień. Uwielbia intrygi, takie jakie występują zazwyczaj w tanich romansidłach. Niezmiennie kojarzy mi się z odbiciem w krzywym zwierciadle.
 Jej wzrok utopionego bazyliszka wędruje w tempie ekspresowym na mnie i na hamak.
- Chodź tu!
 Bardzo dawno przyzwyczaiłam się do tego, że w jej oczach nie mam imienia. Jestem przynieś, podaj, zagraj, pokaż, chodź, pozbieraj. Zazwyczaj.
- Ona ma imię, Rosa.
 W przeciwieństwie do mamy, tata to bardzo barwna postać. Przeciętnego wzrostu i urody, ale umysł dorównujący albo i przewyższający największych inteligentów. Za to serce głupie, do tej pory zastanawiam się jakim cudem matka go zaciągnęła do ołtarza. Może faktycznie kiedyś była chociaż trochę ładna?
 Zmuszam się do marnego uśmiechu, kiedy wstaję i idę w paszczę lwa. Nauczyłam się robić dobrą minę do złej gry, jednak nie zawsze mi to wychodzi.
 Każdy mój krok słyszę w głowie. Odliczam sekundy do nieuniknionego spotkania. Serce mam praktycznie w gardle. Podchodzę do potwora przybranego w ohydną białą sukienkę w czerwone kropki, schylam się i zbieram kawałki potłuczonej porcelany. Z trudem powstrzymuję złośliwy uśmiech, gdy zauważam, że dobrała buty nie do pary. Śmieję się w głowie, a na zewnątrz mam kamienną minę. No, prawie.
 Wyglądam ciut jak debil, kiedy widzę go wchodzącego do ogrodu. Miało go tu już nie być, a jednak jest. Matka też to zauważa i pierwsze co robi to leci w jego stronę. Tętno mi na chwilę staje, kiedy do niego dobiega, ale za chwilę oblewa mnie fala ulgi. Mija go, ostry zakręt też i tym razem nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu. Czarownica wpadła do kałuży. Grunt, że miotły nie miała, bo by się chyba nadziała.
 Lecz zamiast stać i rechotać, odkładam na stół szczątki talerza i pędzę na ratunek mojej upośledzonej w każdym kierunku rodzicielce. Kiedy wyciągam do niej rękę, odpycha mnie i mam wrażenie, że zaraz zacznie warczeć. Do kolan jest ubrudzona w błocie, sukienka też została naruszona. Ha, naruszona. Kompletnie zniszczona! W duchu zacieram ręce z uciechy.
 Podnoszę wzrok i napotykam białe spojrzenie.

piątek, 10 października 2014

2.

 Wiem, że mnie nie widzi. Ale na pewno słyszy. Siedzi sam w kuchni i patrzy przed siebie. Chociaż określenie "patrzy" chyba nie jest w tym momencie odpowiednie.
 Ciekawe co widzą niewidomi. Czerń? Ciemność? Pustkę? Jak wygląda pustka?
 Poruszył się. Momentalnie staję w miejscu, nie wiedząc co zrobić. Ale on dalej patrzy przed siebie.
 Idę więc dalej, chociaż coś mi podpowiada, żebym tego nie robiła. Powód tego może być taki, że mój żołądek gorączkowo domaga się czegokolwiek od pół godziny. Ale jestem zbyt leniwa, aby zejść od razu i takie są właśnie tego skutki.
 Jestem zmuszona odwrócić się do niego tyłem, żeby sięgnąć do szafki po płatki. Staję na palcach i wyjmuję pudełko. Potem schylam się po miskę i zaglądam do lodówki po mleko. Odwracam się i napotykam parę ciekawych oczu wpatrujących się we mnie. Z jakiegoś powodu nie idę z powrotem na górę, do pokoju, ale siadam na przeciwko niego, przy wielkim dębowym stole.
- Zapomniałaś łyżki- słyszę.
 Wzdrygam się. Patrzę w dół. Faktycznie, zapomniałam o niej. Jakim cudem? Czy to przez te oczy?
 Chcę już się podnieść, ale on jest szybszy. Wstaje, a ja obserwuję jego ruchy, lekkie, delikatne. Odwraca się i nie widzę jego oczu. Z tej perspektywy mam wrażenie, jakby był zupełnie normalnym chłopakiem. A nie jest?, myślę. Jest, na pewno jest. Jest wyjątkowy.
Przyglądam się jak prawie z namaszczeniem gładzi opuszkami palców powierzchnie szafek, blatu, gałek. Nie, nie gładzi. O n   j e   g ł a s z c z e .
 Wyjmuje srebrny sztuciec, podchodzi do mnie powoli. Sprawdza dłonią, gdzie leży miska i kładzie przy niej łyżkę. Wraca na swoje miejsce i skupia swój wzrok na mnie. Pytanie ciśnie mi się na usta, ale nie chcę popełnić kolejnego faux pas więc siedzę cicho. Nasypuję płatki, zalewam je mlekiem i mieszam. Patrzę na wirujące nieforemne kształty, dalej usilnie próbując nic nie mówić. Ale to jest bardzo trudne, jeśli dosłownie musisz coś z siebie wyrzucić... a nie możesz. To tak, jakbyś próbował gotować nie dotykając niczego. Samą siłą woli się nie da. W zaciśniętych ustach czuję mrówki.
- Jak to robisz?- jednocześnie czuję ulgę i ogromny wstyd. Policzki mi się czerwienią.
- Brak jednego ze zmysłów nie czyni ze mnie inwalidy- uśmiecha się enigmatycznie.- Mam bogatą wyobraźnię.
 Zbiera mi się na kolejne pytanie. Ale tak nie można...
- Urodziłeś się bez wzroku?- bardziej delikatne pytanie może zadać tylko dziennikarz.
- Tak- uśmiech nie znika, za to poszerza się z każdą kolejną chwilą.
 Postanawiam nie pytać się już o nic więcej.

piątek, 3 października 2014

1

  Oczy. Białe. Niewidzące. Wpatrujące się we mnie. Na jego twarzy widzę zainteresowanie, chociaż wiem, że nie ma szans na zobaczenie mnie. Wyciąga rękę przed siebie i bierze jeden z moich loków. Uśmiecha się delikatnie, pociera włosy o palce. Puszcza je i kieruje rękę do mojej twarzy. Ale w tym momencie przerywa nam głos.
- Zapytaj!- głos jest zdenerwowany, ale nie w taki sposób, w jaki mamy denerwują się na dzieci, że nie posprzątały pokoju. Głos jest zdenerwowany z tego powodu, że mogę zareagować w niepożądany sposób. Uniknąć dotyku. Sprawić zawód. Bolesny.
- Mogę?- on nie ma głosu. On ma szept.
 Kiwam tylko głową, nie będąc w stanie powiedzieć niczego więcej. Dalej czeka na odpowiedź.
- Tak- speszona swoją gafą kieruję wzrok na splecione palce i skrzyżowane nogi.
 W momencie, gdy czuję na policzku zimne palce podnoszę spojrzenie. Ma zaciśnięte oczy, między brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Robi mi się smutno. Przesuwa dłoń po moim czole, policzkach, nosie, oczach, ustach, włosach, uszach. Czuję ucisk w dołku. On mnie nie widzi. Nie widzi. Nie widzi. Oczy zaczynają szczypać. W kącikach czuję formującą się łzę. Spada. Toczy się powoli po moim zimnym, zmartwiałym, bladym policzku. Jego palce natrafiają na nią. Zatrzymują się. Ścierają ją.
 Palce znikają. Kąciki jego ust unoszą się w niemrawym uśmiechu.
 Koniec.

~~*~~