niedziela, 12 października 2014

4.

 Postać przede mną także się porusza. Podobnie jak ja bierze szczotkę i pęk włosów. Rozczesuje swoje splątane żywe nici, chociaż jak próbują nam wmawiać biolodzy: włosy są martwe. A to nieprawda. Włosy są tak samo żywe jak kot czy pies. Tylko w inny sposób. 
 Słyszę ciche pukanie. Ja i postać przerywamy tę zajmującą czynność, jaką jest czesanie i toczymy walkę. Udawać, że śpimy czy pozwolić wejść? Decyzji nie podejmuję ja, tylko moja podświadomość.
- Tak?
 Drzwi się uchylają.
- Mogę wejść?
 Znajomy szept powoduje mroczki przed moimi i tak już zmęczonymi oczami. Nie chcę go tu widzieć, ale powiedzieć: nie, to tak jakby odmówić sobie pogłaskania delfina. Jestem strasznie samolubna.
- Proszę. 
 Widzę w lustrze, jak szpara między drzwiami a ścianą się powiększa i pojawia się w niej on. Po co tutaj przyszedł? W ogóle jak to zrobił? Mieszkamy w zupełnie różnych częściach domu, jest środek nocy, a on dodatkowo jest niewidomy.
 W tym momencie uświadamiam sobie, że nie znam jego imienia. 
 Ta wiadomość uderza we mnie niezwykle mocno. Czuję się w jakiś sposób związana z człowiekiem, którego imienia nie znam. Jak to możliwe? 
- Mogę usiąść na łóżku?- po raz pierwszy słyszę jego głos w pełnej krasie. 
 Jest niezwykły. Nie jest płytki i nie jest głęboki. Jest jak przejrzyste jezioro w południe. 
 Szalenie mi się podoba.
 Sam głos, nie on. Dalej obserwuję w lustrze, co robi. 
 Bada dłońmi przedmioty, rysuje palcami niewidoczne drogi, rzeźbi w swoim umyśle obraz badanego obiektu. Aktualnie jest nim brzeg łóżka. 
 Siada na mojej sfatygowanej pościeli i uśmiecha się. Zauważam, że bardzo często to robi.
- Co cię tak rozbawiło?- nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu mnie to denerwuje. 
- Nic, po prostu ja też nigdy nie ścielę łóżka.
 A jaki jest sens układać kołdrę w środku nocy?, myślę. Zaraz jednak próbuję się przestawić na inny nastrój, nie chcę żeby początek naszej relacji został popsuty przeze mnie i moje niepościelone łóżko. 
- Aha.
 Dalej staram się rozczesywać włosy, ale niezbyt mi to wychodzi. Co chwila zerkam na chłopaka siedzącego na moim łóżku. Z czasem daję sobie spokój, odkładam szczotkę na skraj toaletki i odwracam się do niego. Obserwuję jego palce, które z kolei obserwują rzeczy dokoła. Kołdrę, kolumny łóżka, mój telefon, laptop, książkę. 
- Dlaczego nie śpisz?- moje pytanie nie przeszkadza mu w dalszym rekonesansie. 
- Obudziło mnie skrzypienie, chciałem sprawdzić, kto o tej porze chodzi po domu- jego beztroski ton prawie mnie dobija.
- A jakby to był włamywacz?! Mógł ci coś zrobić, nie pomyślałeś o tym?
- Niby kto mógłby tutaj wejść? Wiewiórki?
 Ma rację. Emocje ze mnie opadają, ciśnienie się normuje. Faktycznie, jesteśmy na tym wygwizdowie tylko my i nasi rodzice-kaci. Odkąd wpadli na pomysł wyjazdu gdzieś w miejsce zapomniane przez Boga ciągle mam uczucie nieustannego zirytowania. Nawet mój tata, mój własny, rodzony ojciec, stwierdził że tak mi wyjdzie na zdrowie. Jak na razie moje zdrowie chwieje się na granicy szaleństwa i wyczerpania. 
 Dom nawet nie jest taki zły. Nowoczesny, ładny, minimalistyczny styl. Ale kilka tygodni z moją matką bez możliwości wyjścia gdziekolwiek to po prostu rzeźnia. Krwawa łaźnia. Koszmar, horror, fantazja psychopaty i masochisty. 
- Jakie masz oczy?- pytanie mnie ogłupia. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz