sobota, 11 października 2014

3.

 Kołyszę się w rytm hamaka. Albo on w mój. W każdym razie oboje na pewno wpatrujemy się w niebo. Jest szare, chmury kłębią się jedna na drugiej, nie mają miejsca na swoje wybryki. Ale tak na prawdę nie można powiedzieć, że to niebo jest szare, bo niebo jest niebieskie, tylko zakrywają je te złośliwe twory przyrody. A może to niebo nie jest na tyle asertywne, żeby powiedzieć chmurom: nie.
 Huk i krzyk przerywają moje rozmyślania. Spadają na inny tor, mianowicie na moją godną pożałowania matkę.
 Jej portret stosunkowo łatwo przedstawić. Jest wysoka, koścista i ma bardzo długą szyję. Włosy w kolorze mocno przejrzałej marchewki są ścięte na pazia i to krzywego. Ma małe, wodniste oczy, które codziennie przypominają mi, że wszystko jest nudne, takie same i bez wyrazu. Wąskie usta są jakby stworzone do produkowania kłótni i różnych nieporozumień. Uwielbia intrygi, takie jakie występują zazwyczaj w tanich romansidłach. Niezmiennie kojarzy mi się z odbiciem w krzywym zwierciadle.
 Jej wzrok utopionego bazyliszka wędruje w tempie ekspresowym na mnie i na hamak.
- Chodź tu!
 Bardzo dawno przyzwyczaiłam się do tego, że w jej oczach nie mam imienia. Jestem przynieś, podaj, zagraj, pokaż, chodź, pozbieraj. Zazwyczaj.
- Ona ma imię, Rosa.
 W przeciwieństwie do mamy, tata to bardzo barwna postać. Przeciętnego wzrostu i urody, ale umysł dorównujący albo i przewyższający największych inteligentów. Za to serce głupie, do tej pory zastanawiam się jakim cudem matka go zaciągnęła do ołtarza. Może faktycznie kiedyś była chociaż trochę ładna?
 Zmuszam się do marnego uśmiechu, kiedy wstaję i idę w paszczę lwa. Nauczyłam się robić dobrą minę do złej gry, jednak nie zawsze mi to wychodzi.
 Każdy mój krok słyszę w głowie. Odliczam sekundy do nieuniknionego spotkania. Serce mam praktycznie w gardle. Podchodzę do potwora przybranego w ohydną białą sukienkę w czerwone kropki, schylam się i zbieram kawałki potłuczonej porcelany. Z trudem powstrzymuję złośliwy uśmiech, gdy zauważam, że dobrała buty nie do pary. Śmieję się w głowie, a na zewnątrz mam kamienną minę. No, prawie.
 Wyglądam ciut jak debil, kiedy widzę go wchodzącego do ogrodu. Miało go tu już nie być, a jednak jest. Matka też to zauważa i pierwsze co robi to leci w jego stronę. Tętno mi na chwilę staje, kiedy do niego dobiega, ale za chwilę oblewa mnie fala ulgi. Mija go, ostry zakręt też i tym razem nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu. Czarownica wpadła do kałuży. Grunt, że miotły nie miała, bo by się chyba nadziała.
 Lecz zamiast stać i rechotać, odkładam na stół szczątki talerza i pędzę na ratunek mojej upośledzonej w każdym kierunku rodzicielce. Kiedy wyciągam do niej rękę, odpycha mnie i mam wrażenie, że zaraz zacznie warczeć. Do kolan jest ubrudzona w błocie, sukienka też została naruszona. Ha, naruszona. Kompletnie zniszczona! W duchu zacieram ręce z uciechy.
 Podnoszę wzrok i napotykam białe spojrzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz